Lekcja bez słów – Moje matematyczne 5 groszy

Nauczyciel też ciągle się uczy

Moim zdaniem nauczyciel powinien nieustannie się uczyć. Dzisiaj nauczyłem się czegoś nowego. Poprowadziłem całą lekcję „bez ani jednego słowa”. To była lekcja z klasą pierwszą.

Dlaczego tak? Ponieważ w szkole, w której uczę, odbywa się duży, duży, duży remont. Wyłączone jest z użytkowania jedno skrzydło budynku i dwie klasy pierwsze wylądowały w dotychczasowej szkolnej auli. Pomiędzy tymi dwiema klasami — pierwszą A i pierwszą B — jest zaledwie przepierzenie. No trzeba „nie lada sztuki”, żeby poprowadzić skutecznie i efektywnie lekcję, nie przeszkadzając sobie nawzajem.

Klasa pierwsza A miała w czasie mojej lekcji język angielski. Anglistka bardzo potrzebowała mówić do dzieci i słyszeć też, co one do niej mówią. Ja natomiast poprowadziłem na zastępstwie lekcję matematyki. Lekcję matematyki z dodawania.

Lekcja bez słów, której długo nie zapomnę

Wykonaliśmy razem z dziećmi kartę pracy, która służyła do tego, żeby wykonywać działania — działania, które dzieci widziały po wyrzuceniu kostek: dwóch kostek matematycznych, sześciościennych albo dziesięciościennych, w zależności od potrzeby.

Oczywiście przez chwilę miałem przynajmniej „tłumacza”. Najpierw pokazałem, co trzeba zrobić. Trochę „na migi”, trochę oczami, trochę palcami, trochę pisząc na tablicy. Pokazałem też wzór tej karty pracy na tablicy. Potem rozejrzałem się po klasie. Szukałem kogoś, kto zrozumiał, co chcę przekazać i co jest do zrobienia.

I to zrozumienie zobaczyłem w oczach Natalki. Na tablicy napisałem: „Wytłumacz proszę kolegom i koleżankom.” Niesamowite. Natalka po prostu wstała z ławki i zaczęła chodzić od kolegi do kolegi, od koleżanki do koleżanki. Wyjaśniała, co jest do zrobienia.

Nie powiedziałem ani słowa. Czasami tylko zastukałem w ławkę, chcąc zwrócić uwagę dzieci. A dzieci? Były niesamowite. Po prostu niesamowite. Przyjęły to z zaciekawieniem. Pracowały w ciszy, w skupieniu, chcąc wiedzieć, co będzie dalej.

Także nauczyłem się dzisiaj nowej metody. Wcześniej już wiedziałem, że mówienie do dzieci szeptem wywołuje taki efekt, że dzieci również zaczynają porozumiewać się szeptem.

Tutaj mała dygresja. Tego nauczyłem się kiedyś w Zakopanem, w sanatorium, do którego jeździłem. Pewnego razu nasza wychowawczyni zachorowała na gardło. Nie mogła mówić, ale nie chciała iść na L4. Mówiła więc do nas szeptem. I my wszyscy również zaczęliśmy mówić szeptem.

To wspomnienie zostało mi po dziś dzień i tej metody też czasami używam. Natomiast lekcja „bez słów” — przynajmniej tych głośno wypowiedzianych — jest dla mnie pewną nowością. I dużą też radością.

Matematyka w ciszy, czyli moje dzisiejsze 5 groszy

Myślę, że dzieci będą pamiętały tę lekcję dodawania. Będą pamiętały też mnie. Tak to wyglądało. Tak to wyglądało. Zawsze nauczyciel może nauczyć się czegoś nowego, jeśli tylko jest taka potrzeba.

Po lekcji nauczycielka wspomagająca — czy współorganizująca, jak to się teraz mówi — sama do mnie podeszła i powiedziała, że „niesamowite to było”. Bo rzeczywiście dałem przestrzeń Magdzie, nauczycielce języka angielskiego, żeby ona mogła swoją lekcję poprowadzić. A dzieci z równoległej klasy pierwszej niczego nie straciły.

Także moje „matematyczne 5 groszy” również i dziś. Pozdrawiam Was serdecznie. Warto się uczyć. Wtedy dzieci jeszcze więcej zyskują.